Start
Toyota Mirai - Początek nowej epoki PDF Drukuj Email
Oceny: / 0
KiepskiBardzo dobry 
Wpisał: AgaeM   
MiraiRzadko zdarza się, by zapowiadany od dłuższego czasu samochód wzbudzał takie emocje, jak Toyota Mirai. Przyczyna jest prosta – chodzi o pierwsze seryjnie wytwarzane auto dedykowane nowej technologii, któremu energii elektrycznej dostarcza pokładowa „elektrownia” wodorowa.

Tym samym mamy do czynienia z początkiem rewolucji w motoryzacji. O jej sukcesie i przebiegu przesądzi kilka aspektów – w jakim stopniu i w jakim czasie cena pojazdu będzie mogła być obniżona do akceptowalnego poziomu, jak sprawnie pobudowana zostanie infrastruktura „wodorowa” – czyli fabryki wodoru, jak szybko powstanie sprawna dystrybucja i sieć stacji, na których będziemy mogli „tankować” tego typu auta. Dziś nie sposób powiedzieć, co się wydarzy za 10, 20 a tym bardziej za 30 lat, ale póki co jest to najbardziej doskonałe z realnych rozwiązań, jakie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Jedziemy na tanim wodorze, pozostawiając za sobą parę wodną – lepiej chyba być nie może.

Gdyby dziś wszyscy producenci przestawili się na elektryczność i ogniwa wodorowe, pojazdy natychmiast staniałyby do poziomu niewiele wyższego niż ceny dzisiejszych wozów klasy średniej z silnikiem spalinowym. Problem w tym, że żaden z producentów nie ma takiego doświadczenia w seryjnej produkcji nawet hybryd, jakie zdobyła Toyota oferująca już IV generację Priusa. A od hybrydy do elektrycznego „wodorowca” wcale nie tak daleko, jak mogłoby się wydawać. Prototypem tego typu auta (Toyota Highlander Fuel Cell) jeździliśmy już 6 lat temu. Tyle trwały badania, testy związane z bezpieczeństwem wodorowego zasilania, wdrażanie i sprawdzanie licznych patentów no i wreszcie przygotowanie seryjnej produkcji. Odbywa się ona w fabryce Motomachi, tam gdzie ręcznie montowano Lexusa LFA. Za podstawę konstrukcyjną Mirai posłużyła zmodyfikowana płyta podłogowa Lexusa ES. Reszta, czyli karoseria, wnętrze i układ napędowy są zupełnie nowe, za wyjątkiem niektórych drobnych elementów stosowanych w Priusie.

Oficjalne jazdy testowe zorganizowano w Hamburgu – jednym z miast zapowiadających szybką rozbudowę sieci stacji wodorowych (w Niemczech jest ich 50 a do roku 2023 będzie 400). Przed hotelem czekały na nas białe i granatowe Toyoty Mirai. Wybór kolorów niewielki, ale z naszego punktu widzenia zupełnie nieistotny. Sądząc po pierwszych ocenach, wygląd auta niekoniecznie musi przypadać do gustu. Trochę razi, ale jak się okazuje wybór projektu jest całkowicie świadomy. Po pierwsze stylizacja wybiega w przyszłość i dzięki niej Mirai wyróżnia się, a po drugie, design uwarunkowany został badaniami w tunelu aerodynamicznym. Z jednej strony konstruktorzy i styliści musieli zmierzyć się z aerodynamiką oraz przepływem powietrza przez zakamarki karoserii i elementy wymagające chłodzenia, a z drugiej z wyciszeniem szumów, które stają się słyszalne w pojazdach pozbawionych hałaśliwego silnika spalinowego.

Po zajęciu miejsca za kierownicą chyba każdy przeżywa lekki szok, bo wszystko we wnętrzu jest jakby z innej epoki. Gdyby nie wcześniejszy kontakt z futurystycznym Priusem, pewnie czulibyśmy się trochę zagubieni. Wystarczyła jednak chwila, by poczuć się jak u siebie, bo wszystko jest czytelne i logicznie rozmieszczone. Zastanawia tylko fakt, dlaczego auto jest 4 a nie 5-miejscowe? Drugie zaskoczenie występuje zaraz po ruszeniu. Elektrycznie napędzany Mirai odznacza się doskonałą dynamiką, przy absolutnie rewelacyjnym wyciszeniu kabiny. Jednym słowem nic nie słychać, a jedzie i to bardzo sprawnie. 155 KM umożliwia przyspieszanie w 9,6 s do setki (V-max 178 km/h). Może nie jest to jakiś rekordowy wynik, ale ze względu na bardzo wysoki moment silnika elektrycznego, wcale nie lekkie auto (1850 kg) sprintuje nie gorzej niż inne relatywnie szybkie samochody, jakie obok oczekiwały na zielone światło. Trasa testowa zaprowadziła nas na stację tankowania wodoru. Cały proces trwał krócej niż na stacji benzynowej, bo nie musieliśmy iść do kasy. Tankowanie jest proste, w zasadzie niczym nie różni się od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, tyle, że wymaga precyzyjnego wprowadzenia pistoletu do króćca zbiornika. Póki co zabawa nie jest tania, bo wodór starczający na 100 km kosztuje 10 Euro. Pełne naładowanie butli starcza na pokonanie dystansu do 550 km.

Na trasie Mirai okazuje się bardzo przyjazny, komfortowy, ekstremalnie cichy, dobrze prowadzący się, ale na zakrętach nie można przeszarżować, bo znać daje o sobie podsterowność. Jest też samochodem bardzo dojrzałym pod każdym innym względem. Mamy na myśli poziom bezpieczeństwa (seryjnie 8 airbagów), obecność systemów wspomagających kierowanie, a także poziom wyposażenia – włącznie z najnowszymi gadżetami elektronicznymi. Również na autostradzie jazda sprawia dużą frajdę – zwłaszcza, gdy cenimy ciszę i spokój za kierownicą. Jedynie zagłówki mogłyby być trochę szersze. Do tego nie jestem zwolennikiem nożnego hamulca postojowego w postaci dodatkowego pedału sterczącego przy wnęce koła. Dla mnie jest on reliktem z przeszłości.

Konstruktorzy przekonują, że podczas kolizji pedał nie zagraża lewej nodze kierowcy, ale jakoś nie przekonuje mnie to. Zwykle w nowych autach stosuje się automatyczny hamulec sterowany elektronicznie. A może istnieje wymóg, że w pojazdach elektrycznych musi być hamulec mechaniczny. Tymczasem na konsoli środkowej nie da się go umieścić, bo tuż pod nią znajdują się zespoły układu napędowego. Nawiasem mówiąc zespoły (wraz z dwoma sporymi butlami na wodór) upchnięto po mistrzowsku i w efekcie bagażnik (361 litrów) jest do naszej dyspozycji.

Reasumując, pominąwszy kontrowersyjny design zewnętrzny i niezbyt niską cenę (66 tys. Euro +VAT), Mirai jest najbardziej zaskakującym samochodem ostatnich lat (a może i w całej historii), więc nic dziwnego, że robi piorunujące wrażenie. Pozostaje więc trzymać kciuki za szybkie rozpowszechnienie się takiej motoryzacji i „poniżenie” ceny postępu.
Wojciech Sierpowski


Mirai Galeria zdjęć
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »